Choć do upragnionego wyjazdu do Malezji pozostały tylko 23 dni, dziś będzie znów o szkole. Przepraszam, że tak wiele znaków poświęcam temu tematowi, jednak wydaje mi się, że w tej instytucji najlepiej objawia się wiele zjawisk kulturowych, które Czytelnikowi mogą wydawać się ciekawe.
A więc doświadczenia ostatnich dni uprzytomniły mi, że pracuje z 'trudną młodzieżą'. Nie wiem, czy wcześniej nie chciałem dostrzec, ale dopiero teraz jawi mi się to bardzo wyraźnie. Moi uczniowie są trudni.
Lekcja wtorkowa. Koleś zaczyna bić się z kolegą. Tego drugiego wyrzucam za drzwi. Po chwili pierwszy zaczepia kogoś innego. Bardzo ostro podchodzę do niego i wrzeszczę nań. Na to koleś wstaje z furią w oczach, krzyczy coś po chińsku i wychodzi z sali. Z nim porozmawiać nie mogę (jego angielski I mój chiński są za słabe), lokalni nauczyciele chowają głowę w piasek. No i se radź!
Następną lekcję z nim mam jutro – albo on zabije mnie, albo ja jego – innej opcji chyba nie ma 
Lekcja dzisiejsza. Rozsadzam wszystkich uczniów. Jeden uczeń mówi, że nie zmieni miejsca. Po utarczce słownej siada gdzie indziej. Idąc mówi coś po chińsku, po czym jedna z dziewczyn rzuca swój komentarz. Po chwili wstaje i rzuca w tego kolesia książkami. Nie mam pojęcia co się dzieje. Nie mam pojęcia kto jest tu dobry a kto zły. Wiem, że nie rozwiążę tego problemu, bo mnie nie rozumieją, a ja ich.
Zagadka weekendowa. Jak rozwiązać ten drugi problem? Co zrobić? Jestem ciekaw, czy nasze percepcje się różnią.
Dziś rozmawiałem z praktykantkami w szkole międzynarodowej na temat uczniów. Bez wielkich niespodzianek – niegrzeczne dzieci bogatych rodziców spędzają im sen z powiek. Ja marudzę na nich, a co mają powiedzieć nauczycielki spędzające z tymi małymi obwiesiami niemalże cały dzień? Jednak co innego chciałem napisać.
Ucząc dzieci z innego kraju należy liczyć się z tym, że będą mówić w swoim ojczystym języku. W szkole międzynarodowej jest to również zjawisko nagminne, choć łagodzi sytuację to, że pochodzą z różnych krajów. Są jednak również grupy etnicznie homogeniczne. Jak wygląda taka lekcja?
Nauczyciel coś mówi w uczonym właśnie języku, a tu nagle jakiś komentarz ucznia. Po czym pada drugi komentarz no i oczywiście chichot zebranej gawiedzi. Nauczyciel nic nie rozumie i nie wie, czy ma się wkurzyć czy nie. I w to uczniom graj!
Są to zawsze trudne sytuacje. Jak się za mocno wkurzysz i ich przesadnie ukarzesz możesz się ośmieszyć. Jeśli zostawisz to bez komentarza, to możesz zachęcać ich do dalszych draństw. Jednak należy zawsze lansować zasadę 'Na angielskim, tylko po angielsku'. Dziś będzie taka metodyczna puenta.
Do Hong Kongu przylecieliśmy samolotem, więc postanowiliśmy powrócić transportem naziemnym. Wybraliśmy się autokarem do Guangzhou (po europejsku to Kanton), a stamtąd pociągiem do domu.
Zanim o Guanzghou, krótka wzmianka o mieście Shenzhen, przez które przejedżaliśmy. Pewnie nikt o tym miejscu nie słyszał, choć mieszka w nim 10 milionów ludzi (tyle co w całych Czechach). Dwadzieścia kilka lat temu była to biedna wioska rybacka na granicy z Hong Kongiem. Jednak w latach 70-tych postanowiono powołać tu Specjalną Strefę Ekonomiczną, bardzo ułatwiając zakładanie i prowadzenie firm. Dziś po niespełna dwudziestu latach, stoi tu masa wieżowców, mieści się tu jedna z dwóch giełd w Chinach (pierwsza jest w Szanghaju, w Pekinie nie ma giełdy), co sprawia, że Shenzhen jest kolejną wspaniałą opowieścią o ubóstwie i bogactwie.
Niewątpliwie położenie między Hong Kongiem a Guangzhou bardzo pomaga. O pierwszym mieście już pisałem, to teraz napiszę o drugim. Historycznie to bardzo ważne miejsce, niegdyś był to jedyny port w Chinach, w którym handlować mogli Europejczycy, co sprawiło, że Guangzhou stało się jednym z ważniejszych miejsc na świecie. Po wojnach opiumowych, miasto straciło monopol, ale nadal jest to jeden z największych portów. To on przyciąga tu ludzi z różnych części świata w poszukiwaniu bogactwa.
Jednak fakt, że miasto jest międzynarodowe nie musi oznaczać, że jest to miejsce, w którym się dobrze czujesz. Już po pierwszych kilku minutach chciałem zabrać manatki i spadać stąd. Ledwie wyszliśmy z autobusu, a tu podchodzą jacyś kolesie i oferują nam noclegi. Kilka kroków dalej, ktoś wyciąga z torby laptopa i próbuje go nam sprzedać. Potem byli jacyś Afro....-Afrykańczycy, którzy chyba chcieli nam opylić jakieś dragi. Guangzhou kusi masę ludzi z różnych części świata, ale wydaje się, że głównie z tych biedniejszych. Pakistańczycy, Nigeryjczycy, Hindusi, Indonezyjczycy i tym podobni – masa ich tu jest. Polaków nie widziałem 
Poza jednym! W Hong Kongu nie znaleźliśmy CouchSurferów, ale w Guangzhou tak. I to jakiego! Facet urodził się w Nysie i spędził tam kilka lat, po czym pojechał do Stanów, a teraz uczy tu angielskiego. Rozmawiając znaleźliśmy wspólnych znajomych – było wiele radości.
Wyjeżdżając z Guangzhou, znów były chwile bardzo zniechęcające do następnych odwiedzin. Dworzec. Wielki dworzec. Gigantyczny tłum z wielkimi torbami, część ludzi śpi na chodniku – straszny syf. No i znów to wątpliwe poczucie bezpieczeństwa. Na każdym stoliku w KFC napis, by uważać na złodziei i naciągaczy, by nie pożyczać innym osobom telefonów komórkowych itp... Każdy trzyma plecak i torebkę z taką czułością i uwagą, jakby w rękach miał nie bagaż a nowonarodzone dziecko. Psychoza totalna.
Całe szczęście, że wsiedliśmy do pociągu i zostawiliśmy Guangzhou w tyle. Pierwszy raz podróżowaliśmy kuszetką – w końcu by pokonać ponad 1500 km trzeba jechać prawie cały dzień. Standard? Znów muszę powiedzieć, że niezły. W przedziale są dwa piętrowe łóżka, które są miękkie i wygodne. W pociągu można za grosze kupić owoce (mandarynki, małe pomidory i kubek pociętych kantalup – tylko 3 juany), nudle z zupą (5 juanów), piwo, napoje, ręcznik, chusteczki, szampon i inne. Jest bezpiecznie – bilety sprawdzają przy wejściu do wagonu, a w kuszetkach po tym zabierają Ci bilet, musisz podać swoje dane i dostajesz żeton z numerem miejsca. Nie wiem dokładnie po co – może dzięki temu wiedzą gdzie jedziesz i Cię budzą na czas? Ogólnie, w Polsce nie znoszę pociagów, w Chinach są ok.
Jako, że w przedziale byliśmy z dwiema Chinkami, to zobaczyłem po raz pierwszy śpiącą Azjatkę. Ich skośne oczy sprawiają, że podczas snu wyglądają po prostu uroczo. Rację miał Marcin Świetlicki mówił, że kobiety najlepiej wyglądają jak śpią. 
Melduję zamieszczenie nowego wpisu na drugim blogu. Dziś nie nudzę, tylko atakuję wizualnie. Ludziom bardzo klimatycznie zazdrosnym odradzam.
http://zarciewchinach.livejournal.com/2272.html
Najlepsza pora na odwiedzenie Hong Kongu to miesiące zimowe. Nam ten czas kojarzy się z przymrozkami i śniegiem, tu jest to okres tutejszych chłodów (temperatura tylko 12-15 stopnii na plus), no i nie pada tak strasznie. W tym klimacie chyba najgorsze jest lato - bardzo gorące i mokre. Stąd nacieszyliśmy się kilunastoma stopniami, chwilami słońca i świąteczną atmosferą pod palmami.
Minusem miasta są drogie noclegi. Za noc normalnie płaci się około 150-200 PLN. Są na szczęście dwa wielkie budynki (około 14-piętrowe), które miasto odsprzedało jakiemuś konglomeratowi kilkunastu hotelików świadczących usługi za 1/3 ceny. Ich nazwy to Chungking Mansion i Sincere House. Oba molochy odznaczają się fatalnym stanem technicznym – pokoje nie mają okien, na człowieka przypada niewiele więcej niż 1m2, krążą opowieści o licznych ofiarach podczas pożarów, ale każdy gość powie, że pokoje są dobre. Dlaczego są dobre? Bo są tanie i dobre!
Mieliśmy tam dostęp do sieci bezprzewodowej, co dało nam możliwość oglądania niektórych witryn po kilkumiesięcznej przerwie. Hong Kong nie jest objęty tak ścisłą kontrolą jak interior. I to daje mi pewną myśl. Mam wrażenie, że utrzymanie w miarę niezależnego HK będzie częścią chińskiej polityki, po to by mieć wentyl. Ważne, by mieszkańcy którym nie podoba się w kraju mieli możliwość realizowania się, a nie zaczęli podżegać do buntów. Myślę więc, że mały Hong Kong może w przyszłości gwarantować stabilność polityczną gigantycznej ChRL.
Jednak dla mnie to miejsce jest pewnym pięknym symbolem. Miasto praktycznie leży na skale przy morzu, a zrobiono z niego międzynarodowe centrum. Wieżowce stawia się tu na pochyłej ziemii, co znacznie utrudnia konstrukcje i podnosi koszty. Ponadto HK składa się z kilku wysp, więc trzeba je było połączyć nietanimi i wielkimi mostami (tych co myślą, że budowa mostu to nic takiego pytam: ile zbudowano ich w ostatnich 10 latach na Wiśle?). A mimo to, jest to wspaniałe, bogate miasto. Pięknie to oddaje prostą prawdę o życiu. Nie liczy się z jakimi wadami się urodziłeś, bo dopóki pracujesz nad sobą i inwestujesz w siebie, możesz osiągnąć wielki sukces.
Mimo klimatu supermarketu, podobało mi się w Hong Kongu. Sprowadzenie się tu to sprawa dość kosztowna (miesięczny najm mieszkania półtora-osobowego, gdzie mieszkać ma dwójka ludzi to koszt 6500 HKD, czyli około 2800 PLN) i trudno wyobrażalna (musiałbym zmienić zawód), ale pomarzyć zawsze można.

Niby wszyscy wiemy, co to Hong Kong. Jednak jak przyjrzymy się sprawie uważniej, dojdziemy do wniosku, że prawie wszystko to, co myślimy o tym miejscu jest w najlepszym przypadku półprawdą. Bo czymże on jest?
Cześcią Chin? No niby tak. Jednak ta część Chin ma swoją własną walutę, własny głos w WTO, no i jeszcze jedną ciekawostkę. Jak wyjeżdżasz z Chin do HK, masz normalną odprawę paszportową, Administracyjnie wyjechałeś z kraju. Co więcej, by powrócić do Chin musisz ubiegać się o nową wizę. Więc jak to z tym jest? Oficjalnie mamy do czynienia z Regionem Autonomicznym. ChRL ma wiele takich regionów, z którymi negocjuje warunki autonomii zgodnie z zasadą 'Jedno państwo, wiele systemów'. Myślę, że w tym kierunku zmierza teraz Tajwan (Ameryka już ich nie broni – Obama ostatnio przyznał, że wierzy w zasadę 'jednych Chin'), co uważam za bardzo dobry ruch. Przed rokiem 1997 straszono Hong Kong, że po wchłonięciu przez interior (jakie jest polskie na 'mainland'?), a okazało się, że wraz z Makao są w ścisłej czołówce przyrostu PKB. Nic dziwnego – jak nagle pozbywasz się wielu barier w dostępie do tak gigantycznego i stale rosnącego rynku zbytu, to oczywistym jest, że można się tylko i wyłącznie rozwijać.
A może Hong Kong jest lasem wieżowców? Niby tak. Bez wątpienia gęstość wysokiego budownictwa należy do największych na świecie, ale mało kto pamięta o wielkich (jak na HK) połaciach rezerwatów i gór. Wydaje się więc, że jest to wymarzone miejsce do życia – wielkie bogactwo połączone z dziką naturą. Typowy chiński ideał miasta – harmonia między człowiekiem a przyrodą.
Przyznam, że pierwsze wrażenia z Hong Kongu są rewelacyjne. Samolot ląduje na cieniutkim pasku lądu. Po lewej stronie morze, po prawie stronie morze i górzyste wysepki. Lotnisko jest bardzo przyjazne, czyste – wszystko świetnie zorganizowane. Do miasta docierasz w niecałą godzinę dwupiętrowym autobusem miejskim (koszt 33 dolary Hong Kongu – około 12 PLN), gdzie widać ten stereotypowy obraz miasta. Tłumy ludzi łażących po sklepach, eleganccy bankierzy śpieszą się do pracy, no i dzieci w mundurkach. Hong Kong wygląda bardziej dynamicznie niż Szanghaj – myślę, że ten efekt dają węższe uliczki. Czuć tętno tego miasta i udziela się to przechodniom. Wszyscy chodzą przyspieszonym krokiem, jak gdyby dokądś gnali.
Jednak po kilku godzinach spaceru po mieście mam moment zwątpienia. Mam wrażenie, że Hong Kong to wielki supermarket. Jedyne, co ci ludzie robią to pracują i kupują. Życia kulturalnego tu w ogóle nie widać – czasem zobaczysz kino i plakaty reklamujące ostatnie produkcje, ale to w sumie niewiele różni się od żucia burgera w fastfoodzie. Cóż... są plusy minusy zamożności.
Jednak na pewno to miejscwe było warte zwiedzenia i chciałbym to jeszcze wrócić.

Jutro wyjeżdżamy do Hong Kongu na kilka dni. Klawo.
Dziś był jednym z nielicznych dni bez meczu NBA w chińskiej telewizji. Kanał sportowy CCTV 5 już od rana relacjonuje przebieg Wschodnioazjatyckich Igrzysk z Hong Kongu. Czy to siatkówka, pływanie, czy koszykówka, kończy się to finałem Chiny-Japonia. Dla mnie są to dosyć nużące widowiska, jednak tutejsi bardzo się tym emocjonują.
Nacjonalizm w Azji jest silniej odczuwalny niż w Europie. Tutaj miejsce, z którego pochodzisz, rodzina, w którą się wrodziłeś, bardzo silnie determinuje Twoje możliwości. I bynajmniej nie chodzi mi tu o moją osobę – pochodzącą z zupełnie innego świata. Mam tu ucznia, który urodził się w prowincji Jilin (północny wschód Chin – teraz jest tam -20 stopni), jednak w wieku sześciu lat przeprowadził się z rodzicami do Szanghaju. Co w takim razie robi w prowincji Zhejiang? Tutaj, w przeciwieństwie do Królowej Orientu, może podchodzić do egzaminów. Jaki to ma sens? Nie mam pojęcia.
Poza dziwacznym nacjonalistycznym prawie mamy tu do czynienia z dość rasistowską popkulturą. Większość komiksów czy filmów to walka między przedstawicielami chińskiego i japońskiego kung-fu. Skala podsycania tych antypatii momentami przeraża, momentami żenuje, ale widocznie Chińczycy nie potrafią inaczej radzić sobie z historycznymi kompleksami (Japonia wygrywała wszystkie wojny poza dwiema światowymi, ale i tak zwykle wychodziła lepiej na traktatch pokojowych).
Tak więc dla nas pytanie 'Where are you from?' jest tylko zagajeniem rozmowy. Dla nich nierzadko wpływa na to, jak się będzie kształtować cała znajomość. Szkoda tym bardziej, że przez to nie mogłem dziś zobaczyć NBA.
Właśnie obejrzałem w chińskiej telewizji wywiad z Tedem Turnerem – bilionerem, założycielem CNN oraz w ostatnich latach aktywnym filantropem. Bez wątpienia jest to facet z imponującym dorobkiem życiowym i należy mu się za to szacunek, jednak przyznam, że z wielką trudnością dotrwałem do końca rozmowy. Choć strasznie wkurza jego nadęcie, przekonanie o nieomylności i szpanowanie, że jest on najbardziej dobrodusznym człowiekiem na świecie, to chyba najmocniej irytowała mnie pewna sprawa, która różni chińskie i zachodnie podejście do kwestii pomocy charytatywnej.
Turner w ciągu swojego życia bardzo hojnie obdarował ONZ i inne podobne organizacje rzekomo pomagające krajom trzeciego świata. W wywiadzie bez przerwy się tym chwalił i przekonywał bogatszych Chińczyków do tego samego. Według mnie, pouczanie tutejszych o tym, jak wspierać biedniejsze kraje to szczyt arog- i ignorancji.
Powołując się na zdrowy rozsądek i doświadczenia innego milionera, Jima Rogersa, można powiedzieć, że pomoc ONZ-u nie tylko nie pomaga w rozwoju ubogim krajom, ale również paraliżuje ich rozwój. To przez pomoc charytatywną zachodnich organizacji i ich programy wysyłania żywności za friko Etiopia straciła całe pokolenie rolników. Jak mogą konkurować z darmowym jedzeniem z zagranicy? Tracą też inne zawody jak np. lokalni krawcy. Po co produkować koszule, skoro dostajemy je za darmo od dobroczynnych białasów? Dzięki tym marnym próbom, pomimo wpompowania miliardów w Afrykę przez ostatnie kilkadziesiąt lat, kontynent ten praktycznie się nie rozwinął.
Tak właśnie wygląda zachodnie spojrzenie na pomaganie ubogim. Dać im żreć, wysłać prezerwatywy, by się nie mnożyli za bardzo i tyle.W tym samym czasie Chińczycy mają na tym polu gigantyczne sukcesy. Zaczęli od samych siebie i w ciągu ostatnich 30 lat wyciągnęli 300 milionów ludzi ze stanu skrajnego ubóstwa. Nie potrzebowali do tego uruchomienia gigantycznych instytucji publicznego rozdawnictwa, wystarczyło pozwolić im normalnie handlować, otwierając kraj na zagraniczne inwestycje, które dały ludziom pracę, ale nie tylko ją, bo również godność. Jakże inne jest to traktowanie od dania biednym żreć i paczkę prezerwatyw! W Chinach PKB na osobę wciąż potężnie rośnie, więc perspektywy na następne 10-20 lat wyglądają naprawdę obiecująco.
Chińczycy widząc, jak znakomicie działa ta metoda na walkę z biedą, zaczynają robić to samo w państwach Afryki. Ze świadomością siedzenia na kupie dolarów z każdą dniem tracących swoją wartość, zaczęli oni inwestować w złoża surowców naturalnych na Czarnym Kontynencie. W przyszłości będą również budować fabryki oraz korzystać z doskonałych warunków do rolnictwa (tam sezon wegetacji trwa prawie cały rok). Piękno i moralność kapitalizmu polega na tym, że biznesowa inwestycja, choć z pozoru zimna i wykalkulowana, przynosi dużo większe korzyści obu stronom kontraktu niż niby-wspanałomyślne rozdawnictwo. Zastanówmy się, czy naprawdę pomagamy żebrakowi dając mu za nic dwa złote? Czy wyrwie się wtedy z biedy?
Tedowi Turnerowi wydaje się niestety, że tak. Całe szczęście, że to Chińczycy rozwijają się w tempie 7-8% rocznie i to do nich prawdopodobnie będzie należeć coraz większe prawo głosu w sprawach globalnych. Mam nadzieję, że ich podejście do pomocy krajom trzeciego świata stanie się dominujące w przyszłości. ONZ i inne w tych kwestiach niestety zawiodły.
Dziś, gdy wstałem wcześnie z rana by zanurzyć zęby w darmowej kukurydzy na śniadanie, musiałem mieć nieciekawą minę. Kończył mi się prawie tygodniowy fajrant. Syndrom pierwszego dnia szkoły, którego nie miałem pracując w Polsce, powrócił w Chinach.
Przyszedłszy do szkoły, przygotowany na lekcję, ujrzałem to, co na obrazku pod spodem. Do tego, nikogo nie było wokół. Po telefonie do kolegi dowiedziałem się, że przysługuje mi kolejny dzień laby. Cóż... nie będę protestować.
Duża ilość wolnego czasu skłoniła mnie do rozmyślań na temat.... organizacji kolejnych ferii. Choć jeszcze nie znamy wszystkich szczegółów, wiemy, że w lutym będziemy mieli miesiąc wolnego z okazji Chińskiego Nowego Roku. Chcemy to wspaniałe święto uczcić... wyjazdem z kraju na wczasy. Szukamy miejsca taniego i ciepłego. Oczy natychmiast zwróciliśmy w kierunku Azji Południowo-Wschodniej. No i tutaj mała zagwozdka. Co wybrać? Mamy trzy opcje. Cenowo wszystkie wypadają podobnie.
a) Indonezja (Bali albo Jakarta) http://tiny.pl/hx4ct
b) Tajlandia (Phuket) http://tiny.pl/hx4c7
c) Indie (Kalkuta) http://tiny.pl/hx4cr.
Ktoś może doradzić?
Polecam nowy tekst mojego autorstwa na stronie pisma Stowarszyszenia KoLiber?
http://goniec.koliber.org/z-pamietnika-chinskiego-nauczyciela


